Tak powiadają mądrzy ludzie. Ale jak tu się stosować do tej mądrości, jeśli na wyciągnięcie - wirtualne - ręki tyle, nomen omen, miękkich motków...?
Jak wiele z Was, zabłądziłam razu pewnego na stronę e-dziewiarka, naoglądałam się, namacałam oczami i w rezultacie nie wyszłam stamtąd z pustym koszykiem. Zamówiłam takie piękne wełenki - Ranco Multy Araucania i Babyalpaca BC Garn...
(Fot. ze strony e-dziewiarki).
Paczka akurat przyszła po moim powrocie z jogowego obozu, tak więc mam co miziać i zastanawiać sie, co z nich by tu wydziergać.
A obóz był udany. Uwzględniając swoje możliwości oraz, że się tak wyrażę, osobiste okoliczności przyrody, ćwiczyłam po trzy godziny dziennie - albo dwie sesje na raz, albo z przerwą na obiad. Najwięcej frajdy sprawiły mi asany wykonywane w parach lub nawet w czwórkach. Dzięki takiej kooperacji można było się lepiej rozciągnąć, a osoba pomagająca kontrolowała pozycję i ułożenie ciała. Dziś ćwiczyłam w domu swój prywatny zestaw i poczułam, że nieco pootwierało mi się to i owo i że jestem mniej sztywna.
Oprócz praktyki jogi w programie były też poranne (właściwie bladym świtem) sesje pranajamy, czyli oddechu, Om Healing i wieczorne sesje medytacji. W Om Healing oczywiście wzięłam udział, aby znów móc pomruczeć sobie jak mnisi tybetańscy i wyzwolić pozytywną energię. Pranajamę uważam za ciekawą, ale jak na razie dla mnie dość skomlikowaną. Nie tak łatwo jest bowiem np. na kilka sekund podzielić wdech na cztery części i zatrzymywać go, przechodząc świadomością po ciele od głowy do stóp. I to siedząc w Sukhasanie, z odpowiednio pochyloną głową i z zamkniętymi oczami. Co do medytacji zaś, to jeszcze nie poczułam potrzeby, by to robić, i medytowałam po swojemu - przekładając z druta na drut kolejne oczka robótki.
Najsłabszym punktem obozu było... jedzenie. O ile śniadanie i kolacja mieściły się w kategorii "posiłek wegetariański", o tyle obiady już nie za bardzo. Zupy były w porządku - warzywne, jak Pan Bóg przykazał. Ale drugie dania wyglądały tak, jakby ktoś z takich polsko-tradycyjnych wyciął część mięsną i nie miał pomysłu, czym ją zastąpić. A przecież kuchnia wegetariańska jest tak różnorodna i takie smaczne potrawy można przygotować.
Pomyślicie sobie, że to mało ważna kwestia. Zapewniam Was jednak, że jak tak człowiek powygina się kilka godzin na macie, to jest potem głodny jak smok wawelski.
I w ogóle zaczyna zwracać uwagę na nieco inne rzeczy niż na codzień. I docenia je.
Joga wiele zmienia...
PS
Na moim fotoblogu zamieściłam pierwszą część zdjęć z obozu. Obejrzyjcie, jeśli macie chęć.
http://mgnowienija.blogspot.com/2010/11/kalbornia-jezioro.html


Włóczki obłędne. Mnie też pewno by się przydało małe rozciąganie ;-)
OdpowiedzUsuń na zawszePozdrawiam
Ania
Oj tak...Jak człowiek porządnie poćwiczy to ma ochotę na uczciwe jedzenie! Też jestem wegetarianką i radzę sobie świetnie, mimo bardzo wysiłkowych ćwiczeń 4 razy w tygodniu.
OdpowiedzUsuń na zawszeA na wełnach to ja się systematycznie rujnuję.
Pozdrawiam!