Trafiam niedawno na dwa ciekawe artykuły, które rozwiały nieco moje wątpliwości w temacie "joga o kościół / religia". Polecam oba teksty osobom negującym jogę, a niemającym o niej zielonego pojęcia.
Artykuł nr 1 - "Czy joga jest religią?"
Artykuł nr 2 - "Jogin w kościele"
PS
Na moim fotoblogu kolejna część zdjęć z wyjazdu jogowego:
http://mgnowienija.blogspot.com/2010/11/kalbornia-chaszcze.html
Namaste!
niedziela, 28 listopada 2010
sobota, 20 listopada 2010
Dzianiny w Muji
Bardzo lubię Muji. Za piękne w swej prostocie rzeczy. Za uniwersalność. Za ekologiczne podejście do mody.
W najnowszym katalogu 2010-11 znalazłam ciekawe dzianiny na jesień i zimę. Z cieplutkiej jagnięcej wełny, w naturalnych kolorach, dla pań i dla panów.
(Fot. z katalogu Muji).
Myślę, że te dzianiny sprawdzą się dzięki swojej uniwersalności nie tylko w obecnym sezonie.
Jeśli kogoś mimo wszystko przerażają ceny, może potraktować propozycje jako inspiracje i pokusić się o wydzierganie podobnego sweterka, bolerka czy bluzki z modnymi ostatnio rękawami nietoperza.
PS
Na moim fotoblogu są już następne fotki z jogowego wyjazdu; tym razem koty.
http://mgnowienija.blogspot.com/2010/11/kalbornia-koty.html
W najnowszym katalogu 2010-11 znalazłam ciekawe dzianiny na jesień i zimę. Z cieplutkiej jagnięcej wełny, w naturalnych kolorach, dla pań i dla panów.
(Fot. z katalogu Muji).
Myślę, że te dzianiny sprawdzą się dzięki swojej uniwersalności nie tylko w obecnym sezonie.
Jeśli kogoś mimo wszystko przerażają ceny, może potraktować propozycje jako inspiracje i pokusić się o wydzierganie podobnego sweterka, bolerka czy bluzki z modnymi ostatnio rękawami nietoperza.
PS
Na moim fotoblogu są już następne fotki z jogowego wyjazdu; tym razem koty.
http://mgnowienija.blogspot.com/2010/11/kalbornia-koty.html
Etykiety:
Wypatrzone
wtorek, 16 listopada 2010
Trzeba twardym być, nie miętkim
Tak powiadają mądrzy ludzie. Ale jak tu się stosować do tej mądrości, jeśli na wyciągnięcie - wirtualne - ręki tyle, nomen omen, miękkich motków...?
Jak wiele z Was, zabłądziłam razu pewnego na stronę e-dziewiarka, naoglądałam się, namacałam oczami i w rezultacie nie wyszłam stamtąd z pustym koszykiem. Zamówiłam takie piękne wełenki - Ranco Multy Araucania i Babyalpaca BC Garn...
(Fot. ze strony e-dziewiarki).
Paczka akurat przyszła po moim powrocie z jogowego obozu, tak więc mam co miziać i zastanawiać sie, co z nich by tu wydziergać.
A obóz był udany. Uwzględniając swoje możliwości oraz, że się tak wyrażę, osobiste okoliczności przyrody, ćwiczyłam po trzy godziny dziennie - albo dwie sesje na raz, albo z przerwą na obiad. Najwięcej frajdy sprawiły mi asany wykonywane w parach lub nawet w czwórkach. Dzięki takiej kooperacji można było się lepiej rozciągnąć, a osoba pomagająca kontrolowała pozycję i ułożenie ciała. Dziś ćwiczyłam w domu swój prywatny zestaw i poczułam, że nieco pootwierało mi się to i owo i że jestem mniej sztywna.
Oprócz praktyki jogi w programie były też poranne (właściwie bladym świtem) sesje pranajamy, czyli oddechu, Om Healing i wieczorne sesje medytacji. W Om Healing oczywiście wzięłam udział, aby znów móc pomruczeć sobie jak mnisi tybetańscy i wyzwolić pozytywną energię. Pranajamę uważam za ciekawą, ale jak na razie dla mnie dość skomlikowaną. Nie tak łatwo jest bowiem np. na kilka sekund podzielić wdech na cztery części i zatrzymywać go, przechodząc świadomością po ciele od głowy do stóp. I to siedząc w Sukhasanie, z odpowiednio pochyloną głową i z zamkniętymi oczami. Co do medytacji zaś, to jeszcze nie poczułam potrzeby, by to robić, i medytowałam po swojemu - przekładając z druta na drut kolejne oczka robótki.
Najsłabszym punktem obozu było... jedzenie. O ile śniadanie i kolacja mieściły się w kategorii "posiłek wegetariański", o tyle obiady już nie za bardzo. Zupy były w porządku - warzywne, jak Pan Bóg przykazał. Ale drugie dania wyglądały tak, jakby ktoś z takich polsko-tradycyjnych wyciął część mięsną i nie miał pomysłu, czym ją zastąpić. A przecież kuchnia wegetariańska jest tak różnorodna i takie smaczne potrawy można przygotować.
Pomyślicie sobie, że to mało ważna kwestia. Zapewniam Was jednak, że jak tak człowiek powygina się kilka godzin na macie, to jest potem głodny jak smok wawelski.
I w ogóle zaczyna zwracać uwagę na nieco inne rzeczy niż na codzień. I docenia je.
Joga wiele zmienia...
PS
Na moim fotoblogu zamieściłam pierwszą część zdjęć z obozu. Obejrzyjcie, jeśli macie chęć.
http://mgnowienija.blogspot.com/2010/11/kalbornia-jezioro.html
Jak wiele z Was, zabłądziłam razu pewnego na stronę e-dziewiarka, naoglądałam się, namacałam oczami i w rezultacie nie wyszłam stamtąd z pustym koszykiem. Zamówiłam takie piękne wełenki - Ranco Multy Araucania i Babyalpaca BC Garn...
(Fot. ze strony e-dziewiarki).
Paczka akurat przyszła po moim powrocie z jogowego obozu, tak więc mam co miziać i zastanawiać sie, co z nich by tu wydziergać.
A obóz był udany. Uwzględniając swoje możliwości oraz, że się tak wyrażę, osobiste okoliczności przyrody, ćwiczyłam po trzy godziny dziennie - albo dwie sesje na raz, albo z przerwą na obiad. Najwięcej frajdy sprawiły mi asany wykonywane w parach lub nawet w czwórkach. Dzięki takiej kooperacji można było się lepiej rozciągnąć, a osoba pomagająca kontrolowała pozycję i ułożenie ciała. Dziś ćwiczyłam w domu swój prywatny zestaw i poczułam, że nieco pootwierało mi się to i owo i że jestem mniej sztywna.
Oprócz praktyki jogi w programie były też poranne (właściwie bladym świtem) sesje pranajamy, czyli oddechu, Om Healing i wieczorne sesje medytacji. W Om Healing oczywiście wzięłam udział, aby znów móc pomruczeć sobie jak mnisi tybetańscy i wyzwolić pozytywną energię. Pranajamę uważam za ciekawą, ale jak na razie dla mnie dość skomlikowaną. Nie tak łatwo jest bowiem np. na kilka sekund podzielić wdech na cztery części i zatrzymywać go, przechodząc świadomością po ciele od głowy do stóp. I to siedząc w Sukhasanie, z odpowiednio pochyloną głową i z zamkniętymi oczami. Co do medytacji zaś, to jeszcze nie poczułam potrzeby, by to robić, i medytowałam po swojemu - przekładając z druta na drut kolejne oczka robótki.
Najsłabszym punktem obozu było... jedzenie. O ile śniadanie i kolacja mieściły się w kategorii "posiłek wegetariański", o tyle obiady już nie za bardzo. Zupy były w porządku - warzywne, jak Pan Bóg przykazał. Ale drugie dania wyglądały tak, jakby ktoś z takich polsko-tradycyjnych wyciął część mięsną i nie miał pomysłu, czym ją zastąpić. A przecież kuchnia wegetariańska jest tak różnorodna i takie smaczne potrawy można przygotować.
Pomyślicie sobie, że to mało ważna kwestia. Zapewniam Was jednak, że jak tak człowiek powygina się kilka godzin na macie, to jest potem głodny jak smok wawelski.
I w ogóle zaczyna zwracać uwagę na nieco inne rzeczy niż na codzień. I docenia je.
Joga wiele zmienia...
PS
Na moim fotoblogu zamieściłam pierwszą część zdjęć z obozu. Obejrzyjcie, jeśli macie chęć.
http://mgnowienija.blogspot.com/2010/11/kalbornia-jezioro.html
Etykiety:
Joga,
Przybornik
środa, 10 listopada 2010
Integracja
Inregracja po raz pierwszy.
W ubiegłą niedzielę odbyło się ostatnie (prawdopodobnie) w tym roku Szarotkowo. Było drutowanie, szydełkowanie, włóczek mizianie i kupowanie, smakowanie ciast i ciasteczek, plotkowanie. A przyszło nas dużo - jak na załączonym obrazku...
Przy okazji udało mi się pozbyć kilku niepotrzebnych motków bawełny i dostać za darmo dwa moherowe w pięknym bladym błękicie. Co z nich powstanie, jeszcze nie wiem. Na razie cieszą oko.
Integracja po raz drugi.
Za sprawą Iwony z bloga "Drutoterapia", która założyła na Facebooku stronę "Spotkania robótkowe online". Czyli takie nasze Szarotkowo, tylko że wirtualne. Na pierwsze nie zalogowałam się, ponieważ wróciłam późno do domu. Ale obejrzałam posty uczestniczek ze zdjęciami ich robótek. Pomysł odniósł sukces i już szykuje się następne spotkanie 18 listopada, w którym zamierzam wziąć udział. Szczegóły na blogu Iwony i oczywiście na FB.
Integracja po raz trzeci.
Tym razem jednak nie związana z dzierganiem. Otóż jutro z samego rana wyjeżdżam z moją szkołą jogi na obóz na Mazury i będę praktykować asany, hopsasany, wszystkie zwierzakowe pozycje, oddechy, wydechy, Om Healing i sama nie wiem co jeszcze. Tak więc zabieram moje zabawki i Namaste, kochani!
PS
CU@5, dziękuję za podpowiedź. W wolnej chwili poczytam o magic loop i zastosuję ją.
Pimposhko, mitenki nie są cieniowane; myślę, że to gra światła.
W ubiegłą niedzielę odbyło się ostatnie (prawdopodobnie) w tym roku Szarotkowo. Było drutowanie, szydełkowanie, włóczek mizianie i kupowanie, smakowanie ciast i ciasteczek, plotkowanie. A przyszło nas dużo - jak na załączonym obrazku...
Przy okazji udało mi się pozbyć kilku niepotrzebnych motków bawełny i dostać za darmo dwa moherowe w pięknym bladym błękicie. Co z nich powstanie, jeszcze nie wiem. Na razie cieszą oko.
Integracja po raz drugi.
Za sprawą Iwony z bloga "Drutoterapia", która założyła na Facebooku stronę "Spotkania robótkowe online". Czyli takie nasze Szarotkowo, tylko że wirtualne. Na pierwsze nie zalogowałam się, ponieważ wróciłam późno do domu. Ale obejrzałam posty uczestniczek ze zdjęciami ich robótek. Pomysł odniósł sukces i już szykuje się następne spotkanie 18 listopada, w którym zamierzam wziąć udział. Szczegóły na blogu Iwony i oczywiście na FB.
Integracja po raz trzeci.
Tym razem jednak nie związana z dzierganiem. Otóż jutro z samego rana wyjeżdżam z moją szkołą jogi na obóz na Mazury i będę praktykować asany, hopsasany, wszystkie zwierzakowe pozycje, oddechy, wydechy, Om Healing i sama nie wiem co jeszcze. Tak więc zabieram moje zabawki i Namaste, kochani!
PS
CU@5, dziękuję za podpowiedź. W wolnej chwili poczytam o magic loop i zastosuję ją.
Pimposhko, mitenki nie są cieniowane; myślę, że to gra światła.
Etykiety:
Joga,
Wydarzenia
czwartek, 4 listopada 2010
Nieco folkloru, czyli Fuksjowe mitenki
Ostatnio na blogach trwa wietrzenie włóczkowych zapasów i przerabianie zalegających motków na małe i duże projekty. Zainspirowana tym, co zobaczyłam niedawno u Pimposhki, wygrzebałam z koszyka dwa kłębki bawełny, chwyciłam za druty i po swojemu wydziergałam Fuksjowe mitenki.
Nie mam drutów skarpetkowych (chyba właśnie ich należałoby użyć, aby dziergać na okrągło i bez szwów wąskie rzeczy), robiłam więc na takich na żyłce, a całość połączyłam szydełkiem. Po raz pierwszy robiłam z dwóch motków jednocześnie - dzianina wyszła mięsista i ciepła. Podoba mi się taki sposób, choć jest włóczkożerny. W sumie jestem zadowolona z tych mitenek, tym bardziej że w moim przypadku machanie drutami jest umiejętnością zdecydowanie mniej rozwiniętą niż szydełkowanie.
Mitenki miały swoją premierę przedwczoraj, w zestawieniu z motylowym szalem z Tchibo. Zauważyłam, że przyciągały spojrzenia ludzi w metrze. Znaczy się, wyróżniam się ")
A to bonus - bawiłam się aparatem...
PS
Dziewczęta, dziękuję za słowa wsparcia pod poprzednim postem.
Agato, słucham tylko dwóch piosenek Shakiry, aby ćwiczyć kroki merengue i popracować nad ruchami bioder. Takie domowe przygotowanie do salsoteki :)
---
Metka: bawełna Snehurka (resztki pozostałe po bluzce, która przestała mi się podobać i poszła do ludzi), druty bambusowe nr 3,5 oraz szydełko nr 0.
Nie mam drutów skarpetkowych (chyba właśnie ich należałoby użyć, aby dziergać na okrągło i bez szwów wąskie rzeczy), robiłam więc na takich na żyłce, a całość połączyłam szydełkiem. Po raz pierwszy robiłam z dwóch motków jednocześnie - dzianina wyszła mięsista i ciepła. Podoba mi się taki sposób, choć jest włóczkożerny. W sumie jestem zadowolona z tych mitenek, tym bardziej że w moim przypadku machanie drutami jest umiejętnością zdecydowanie mniej rozwiniętą niż szydełkowanie.
Mitenki miały swoją premierę przedwczoraj, w zestawieniu z motylowym szalem z Tchibo. Zauważyłam, że przyciągały spojrzenia ludzi w metrze. Znaczy się, wyróżniam się ")
A to bonus - bawiłam się aparatem...
PS
Dziewczęta, dziękuję za słowa wsparcia pod poprzednim postem.
Agato, słucham tylko dwóch piosenek Shakiry, aby ćwiczyć kroki merengue i popracować nad ruchami bioder. Takie domowe przygotowanie do salsoteki :)
---
Metka: bawełna Snehurka (resztki pozostałe po bluzce, która przestała mi się podobać i poszła do ludzi), druty bambusowe nr 3,5 oraz szydełko nr 0.
poniedziałek, 1 listopada 2010
Garść refleksji
Ale nie z okazji dzisiejszego święta. Choć skoro już o nim mowa, to napiszę, że nie wybieram się na żaden "smętarz" i spędzam dzień wbrew ogólnej typowo polskiej płaczliwej tradycji, słuchając niegrzecznej Shakiry i robiąc na drutach. Pewnie zaraz zostanę za to wyklęta. Trudno. Żyję według własnych przekonań.
Refleksje zaś dotyczą mojej praktyki jogi. Mamy niby światłe i tolerancyjne społeczeństwo, a zdażyło mi się po raz kolejny zostać skwitowaną pogardliwym śmiechem, gdy powiedziałam, że w plecaku mam matę do jogi i właśnie jadę na sesję. Mam wrażenie, że niektórzy uważają mnie za wariatkę. A ja nie zamierzam rezygnować z czegoś, co daje mi niesamowitą satysfakcję i sprawia, że czuję się dobrze fizycznie i lepiej psychicznie.
Joga to nie tylko praca nad swoim ciałem i jego możliwościami, ale także zabawa. Dawno się tak nie uśmiałam, jak podczas ostatnich zajęć, gdy razem z Leszkiem wymyślaliśmy nowe nazyw dla asan, typu "leżasana", asana "ała", "już nie mogę" albo "przybliż stopę do ucha... sąsiada". Nie rozumiem, jak można negować coś tak pozytywnego, coś, co zwyczajnie sprawia człowiekowi radość...?
Niedawno na jednym z jogowych portali przeczytałam ciekawe zdanie, że w naszej religii cześć Bogu oddaje się poprzez klęczenie i ogólnie jakieś przykurczone, nienaturalne pozycje. Jogini zaś robią dokładnie na odwrót - chcąc uczcić Boga, jakkolwiek On się zwie, wykonują asany odwrócone lub medytują w lotosie. I to dopiero ma sens i dobroczynny wpływ na nasz organizm. Przyjemne z pożytecznym, można by rzec.
Przypomniałam sobie o tym podczas wczorajszej mszy (tak, nadal chodzę do kościoła, bo tego potrzebuję, bo to mimo wszystko jest moja religia, choć nie zgadzam się z wieloma kwestiami i ustaleniami). Naszła mnie ochota usiąść na podłodze w Sukhasanie i w milczeniu pomyśleć o Bogu, życiu i świecie.
Może kiedyś tak będzie...
PS
Ten post jest dedykowany mojej M., A. oraz B.
Refleksje zaś dotyczą mojej praktyki jogi. Mamy niby światłe i tolerancyjne społeczeństwo, a zdażyło mi się po raz kolejny zostać skwitowaną pogardliwym śmiechem, gdy powiedziałam, że w plecaku mam matę do jogi i właśnie jadę na sesję. Mam wrażenie, że niektórzy uważają mnie za wariatkę. A ja nie zamierzam rezygnować z czegoś, co daje mi niesamowitą satysfakcję i sprawia, że czuję się dobrze fizycznie i lepiej psychicznie.
Joga to nie tylko praca nad swoim ciałem i jego możliwościami, ale także zabawa. Dawno się tak nie uśmiałam, jak podczas ostatnich zajęć, gdy razem z Leszkiem wymyślaliśmy nowe nazyw dla asan, typu "leżasana", asana "ała", "już nie mogę" albo "przybliż stopę do ucha... sąsiada". Nie rozumiem, jak można negować coś tak pozytywnego, coś, co zwyczajnie sprawia człowiekowi radość...?
Niedawno na jednym z jogowych portali przeczytałam ciekawe zdanie, że w naszej religii cześć Bogu oddaje się poprzez klęczenie i ogólnie jakieś przykurczone, nienaturalne pozycje. Jogini zaś robią dokładnie na odwrót - chcąc uczcić Boga, jakkolwiek On się zwie, wykonują asany odwrócone lub medytują w lotosie. I to dopiero ma sens i dobroczynny wpływ na nasz organizm. Przyjemne z pożytecznym, można by rzec.
Przypomniałam sobie o tym podczas wczorajszej mszy (tak, nadal chodzę do kościoła, bo tego potrzebuję, bo to mimo wszystko jest moja religia, choć nie zgadzam się z wieloma kwestiami i ustaleniami). Naszła mnie ochota usiąść na podłodze w Sukhasanie i w milczeniu pomyśleć o Bogu, życiu i świecie.
Może kiedyś tak będzie...
PS
Ten post jest dedykowany mojej M., A. oraz B.
Etykiety:
Joga
Subskrybuj:
Posty (Atom)

