...nie było mnie na moim własnym blogu. Do Was, drodzy czytelnicy, zaglądałam (choć nie zawsze dałam radę komentować), ale sama nie byłam w stanie nic sensownego sklecić. A wszystko przez to, że skończywszy jedno zwolnienie, trafiłam na drugie, po niespełna jednym dniu pracy. Po powrocie z lutowych Szarotek dostałam wieczorem potwornego bólu gardła. Od lekarza w poniedziałek wyszłam z L-4, plikiem recept, zakazem mówienia i nakazem leżenia w łóżku do końca tygodnia. No i się zaczęła polka – a to gorączka, a to osłabienie, a to duszący kaszel na zmianę z uroczym rzężeniem. Jak nie urok, to sami wiecie co. Dopiero w piątek udało mi się jako tako spionizować i zjeść coś innego niż postna kajzerka z odrobiną masła.
Nie lubię chorować, do hipochondryków zdecydowanie nie należę, ale doszłam do wniosku, że moje przeboje chyba były potrzebne. Miałam sporo czasu na myślenie (o ile nie spałam, zmęczona gorączką) i opracowałam sobie nową metodę pracy i ogólnie działania. Z upodobaniem robię wszystko po nowemu i jak na razie (tfu, tfu, żeby nie zapeszyć) to skutkuje.
Idźmy dalej. Z Szarotkowa przywiozłam fajny kupon materiału od Gackowej, którym podzieliła się ze mną Szpilka, i jeszcze Bietas dostał się niezły kawałek. Wygląda to tak...
Tak mi się podoba wzór, że fotkę ustawiłam sobie w komórce jako tapetę. Mam bliżej niesprecyzowany plan uszycia czegoś wiosenno-letniego z tych kwiatków. Tylko znajdę inspirację lub projekt.
Nie wygrałam candy u Pimposhki, ale nie martwię się, bo pewnie okazja jeszcze się jakaś pojawi. A bo to mało rozdawajek na blogach...?
Pełno też ostatnimi czasy zreaktywowanych łańcuszków z wyróżnieniemi. I ja się na takowy, mimo przestoju w dzierganiu, załapałam. Miło mi bardzo, ale dziękuję, postoję, bo nie biorę udziału w takich sztafetach. Jeśli kto ma chęć, niech chwali w komentarzach. Lub gani, jeśli tak czuje.
Ostatni mój wpis dotyczył jogi. Uprzejmie donoszę, że wróciłam do praktyki (w czasie choroby nie miałam siły nawet savasany na łóżku wykonać) i z ulgą rozprostowuję skulone od przymusowego leżenia gnaty i mięśnie. Tak więc po mału znów przymierzam się do półlotosów i lotosów.
Coraz bliżej też do mojego zaległego marcowego urlopu, z jogowym wyjazdem jako główną atrakcją. Zaczęłam odliczanie do 10 marca. No i, jak większość z Was, do wiosny.
Dotarłam również na moją ukochaną salsotekę i wytańczyłam się do 3 nad ranem. Butów tym razem nie posiałam, bo pan stójkowy vel bramkowy sprawdza, czy aby na pewno zabieram ze sobą wszystko, jak wychodzę. Są jeszcze mili ludzie na tej ziemi.
Przy okazji wpadłam na pomysł, trochę dzięki kumplowi, aby nauczyć się tańczyć bachatango, czyli połączenie bachaty i tanga. Pierwsze mam obcykane, a drugiego ani w ząb. Ale do odważnych świat należy – zapisałam się na kurs i już jestem po pierwszej lekcji. A na kursie przed wczorajszą salsoteką, na moją specjalną prośbę, instruktor pokazał mały układ z bachatango, tak więc w sumie mam już opanowane 4 figury. Wciągnęłam się na całego. Nawet sobie nie wyobrażacie, ile emocji może wywyołać ten taniec.
Do tego utworu Gotan Project ćwiczyliśmy na kursie - posłuchajcie...
http://www.youtube.com/watch?v=HUPWip08nxg
Piękne, prawda?
Jedna rzecz mnie tylko martwi – zbyt mała liczba partnerów na kursie. Panowie tańczący lub chcący opanować tę sztukę chyba po prostu wyginęli i jacyś tacy cichociemni się zrobili. Ech, takie czasy popaprane.
Na koniec będzie akcent robótkowy. Gdy już miałam bardziej zborne ruchy rąk i mogłam utrzymać w nich druty, skończyłam "Pomysł nr 1". Prezentuję wam "Creme brulee" w nowej odsłonie, jako wrapka.
Powstał ze sprutego pod wpływem impulsu szala o tej samej nazwie. Szal, mimo że ładnie wyszedł, nie spełniał swojej funkcji ocieplającej i przy gwałtownych ruchach zsuwał mi się z pleców. Taki "zamknięty" wrapek to jest jednak insza inszość. Zakrywa mi dekolt w sweterku w obniżony serek (to ten na zdjęciu) i mogę w nim nawet ćwiczyć mój zestaw jogowy. Wzorowałam się na Tęczy grzewczej Effci, dziergając oczywiście magic loopem. Zmieniłam tylko ścieg przy szyi z francuza na gładki prawy.
Włóczki zostało jeszcze sporo, bo kupowałam ją hurtowo, więc teraz próbnie coś z niej dziergam. Się zobaczy, co z tego wyjdzie.
Ależ mi się nazbierało. Mydło i powidło. Kto dotrwał do końca, ten zuch i temu dziękuję za uwagę. Jak ktoś obejrzał tylko fotki i klip, to też dobrze. Nie będę się czepiać, bo ponoć stajemy się coraz bardziej "społeczeństwem obrazkowym", a mężczyźni to już od dawna są przede wszystkim wzrokowcami.
See you later... ")
janiemogę, Zulka, to naprawdę Ty?! to chorowanie ale kopa Ci dało, widać (a właściwie "czytać"), że pełna energii jesteś i optymizmu! 3mam kciuki, żeby Twoje "po nowemu" same dobre rzeczy przynosiło!
OdpowiedzUsuń na zawszewyobraź sobie, że czasem myslałam o Twoim szalu - jak się Tobie go nosi, a tu proszę - przerobiony i to jak fajnie!! :)
ściskam!
Oj nazbierało! Do Gotana tańczyłam już dwie choreografie, tylko że tribalowe, z elementami tangowymi. I zakochałam się w Gotanie! Szczególnie po koncercie...
OdpowiedzUsuń na zawszeCremee brulee bardzo mi się podoba w tej odsłonie. Wyrobiłaś się z drutami, że ho-ho!
Wrapek jest fantastyczny. Bardzo mi się podoba...
OdpowiedzUsuń na zawszeAle się u Ciebie dzieje!...
OdpowiedzUsuń na zawszeTrzymam kciuki za wyzdrowienie, mnie też dopadło coś takiego, co nie chce łatwo puścić, wciąż smarkam, a według wszelkich praw fizyki katar powinien był się skończyć wczoraj, po tygodniu.
Wrapek pomysłowy, nie ma co się rozwinąć i którędy zawiać. *^v^*
Materiału zazdroszczę, zaraz bym z niego machnęłąm wiosenną sukienkę. ^^
Wrapek jest cudowny!
OdpowiedzUsuń na zawszeSkoro jesteś zdrowa to do zobaczenia na Szarotkach.
OdpowiedzUsuń na zawszeCo do Zafona, to moje zdanie jest takie, że jedyne ciekawe związane z nim pytanie,to takie jakim cudem on stał się taki znany. Poza Cieniem wiatru popełnił jeszcze gorszą książkę - widać można - Marinę
Serdecznie zapraszam po wyrożnienie
OdpowiedzUsuń na zawszewww.szydekoweisnpiracje.blox.pl