wtorek, 18 stycznia 2011
Niewielka WYPRZ
Chętnie sprzedam włóczkę Sock Yarn "Sirmione" z opisem wykonania skarpetek.
Mam 3 nieotwierane paczki po 4 motki w każdej. Motki ważą po 50 g i mają po 210 m długości.
Zalecane druty to nr 2 lub 3.
Skład: 75% wełna superwash, 25% poliamid.
W gotowych skarpetkach kolory układają się w paski widoczne na drugiej fotce.
Cena za całość 57 zł, za paczkę 19 zł.
Możliwy odbiór osobisty w Warszawie; w przypadku wysyłki - pokrywam jej koszty.
***
Do zaoferowania mam jeszcze jedną paczkę tej samej włóczki z napoczętymi motkami (robiłam z nich próbki, ale bez prania i blokowania, więc część włóczki jest nawinięta na motki) i bez opisu wykonania skarpetek. Cena 15 zł, również pokrywam koszty wysyłki.
Wszystkie paczki sprzedane, z czego bardzo się cieszę. W pudełku mam miejsce na nowe motki.
Etykiety:
Przybornik,
Wydarzenia
niedziela, 16 stycznia 2011
Zupełnie inna bajka
Zapewne raczej nikt z Was, moi drodzy Czytelnicy, nie pamięta, że w tamtym roku napisałam bajkę. Nie dla dzieci, bo takich zdolności nie posiadam (chyba...), ale tak dla żartu o dwóch motkach, z których wyszydełkowałam czapkę (ciekawscy mogą zajrzeć tutaj).
Tę bajkę jednak można już... włożyć między bajki, bowiem na fali poppymanii stwierdziłam, że wolę mieć czapkę robioną na drutach niż na szydełku. I tak, w ciągu dwóch wieczorów spędzonych na dopingowaniu polskich szczypiornistów, powstała moja "Makowa panienka No. 2".
Zamiast ściągacza zastosowałam ścieg pończoszniczy na cieńszych drutach, a brzeg wykończyłam jednym rządkiem oczek lewych i jednym prawych, a całość zamknęłam oczkami przerabianymi na lewo.
Jak widać, ani No.1, ani No. 2 nie mają kwiatka, bo jakoś mi taka ozdoba nie pasuje do moich wersji. Poza tym obie czapki noszę odwrotnie niż oryginał, czyli ozdobne zbieganie się rzędów mam na przodzie i na tyle głowy. Ot, takie moje widzimisię ")
Po pierwszej "Makowej panience" mam już wprawę, tak więc druga powstała w sumie bez większych poprawek. Druty wydobyły cały urok i miękkość włóczki. Czapka jest dość ciepła i ścisła; myślę, że nawet na mróz się nada.
PS
Lucyno, CUat5, Brahdelt, Janola, bardzo dziękuję za trzymanie kciuków. Badanie nie wykryło żadnych nieprawidłowości. Muszę tylko na siebie uważać i nie przemęczać się, co z upodobaniem czynię.
Na moim fotoblogu zamieściłam pierwsze obiecywane fotki z mojego jogowego wyjazdu. Zapraszam do obejrzenia.
http://mgnowienija.blogspot.com/2011/01/na-caej-poaci-snieg.html
---
Metka: dwa niecałe motki włóczki Debbie Bliss Eco Faitrade, druty nr 3 i 4.
Tę bajkę jednak można już... włożyć między bajki, bowiem na fali poppymanii stwierdziłam, że wolę mieć czapkę robioną na drutach niż na szydełku. I tak, w ciągu dwóch wieczorów spędzonych na dopingowaniu polskich szczypiornistów, powstała moja "Makowa panienka No. 2".
Zamiast ściągacza zastosowałam ścieg pończoszniczy na cieńszych drutach, a brzeg wykończyłam jednym rządkiem oczek lewych i jednym prawych, a całość zamknęłam oczkami przerabianymi na lewo.
Jak widać, ani No.1, ani No. 2 nie mają kwiatka, bo jakoś mi taka ozdoba nie pasuje do moich wersji. Poza tym obie czapki noszę odwrotnie niż oryginał, czyli ozdobne zbieganie się rzędów mam na przodzie i na tyle głowy. Ot, takie moje widzimisię ")
Po pierwszej "Makowej panience" mam już wprawę, tak więc druga powstała w sumie bez większych poprawek. Druty wydobyły cały urok i miękkość włóczki. Czapka jest dość ciepła i ścisła; myślę, że nawet na mróz się nada.
PS
Lucyno, CUat5, Brahdelt, Janola, bardzo dziękuję za trzymanie kciuków. Badanie nie wykryło żadnych nieprawidłowości. Muszę tylko na siebie uważać i nie przemęczać się, co z upodobaniem czynię.
Na moim fotoblogu zamieściłam pierwsze obiecywane fotki z mojego jogowego wyjazdu. Zapraszam do obejrzenia.
http://mgnowienija.blogspot.com/2011/01/na-caej-poaci-snieg.html
---
Metka: dwa niecałe motki włóczki Debbie Bliss Eco Faitrade, druty nr 3 i 4.
wtorek, 11 stycznia 2011
Podsumowanie i zaklinanie
Wzięłam się w garść i, korzystając z polecanego przez Truscaveczkę darmowego programu do kolaży, przeprowadziłam podsumowanie robótkowe 2010 roku.
Trochę tego się jednak zebrało i w zasadzie ze wszystkich projektów jestem zadowolona.
A przy okazji:
~ odkryłam na nowo druty,
~ nauczyłam się metody magic loop oraz dziergania od góry,
~ zupełnie przypadkiem, przy "Makowej panience", opanowałam rzędy skrócone,
~ wypatrzyłam w sieci Szarotkowo, dołączyłam doń i poznałam szydełkujące i drutujące blogowiczki,
~ sprzedałam kilkanaście niepotrzebnych motków,
~ naumiałam się krochmalić ozdóbki,
~ znalałam godne zaufania sklepy internetowe z dobrą włóczką,
~ zyskałam stałych obserwatorów i komentatorów moich poczynań,
~ dowiedziałam się, że tytuł mojego bloga przywołuje uśmiech na twarzy.
Zamierzam też konsekwentnie kupować tylko dobrej jakości i naturalne włóczki, nie zaczynać kilku projektów na raz i nie robić niczego na zamówienie (poza jednym wyjątkiem, który jeśli dojdzie do skutku, to efekt ujrzy światło dzienne).
Ale nie samym machaniem drutami i szydełkiem człowiek żyje. Koniecznie muszę napisać, że bardzo się cieszę, że znów praktykuję jogę, bo dzięki temu mam nową pasję na całe życie, pojechałam na dwa ciekawe obozy, wróciłam do salsowania, lepiej się czuję fizycznie. W ogóle świadomość, że można coś ze swoim zdrowiem zrobić, jest bardzo budująca.
Na koniec jednak nieco posmęcę. Jakoś dziwnie się ten nowy rok zaczął. Najpierw zastrajkowało moje gardło i do tej pory chrząkam jak prosiak. Potem w pracy stwierdziłam, że z niektórymi osobami nadal nie idzie się dogadać i chyba tak już zostanie. To nie ułatwia w miarę sprawnego funkcjonowania w firmowej społeczności. Do tego będą mnie przepytywać z procedur określającyh zakres moich obowiązków, przy czym owych procedur nikt nie sformułował. Wracając z ostatniego Szarotkowa, zgubiłam granatowego filcowego kwiatka, który był prezentem dla mojej mamy. No i jeszcze w miniony weekend dowiedziałam się, że moja ukochana salsoteka będzie tylko do 22/23 stycznia i na tejże imprezie ktoś przypadkiem uderzył mnie łokciem w głowę w czasie tańca. Jutro mam w związku z tym tomografię komputerową głowy, bo nadal się czuję jakaś taka trącona. Trzymajcie kciuki, żeby wszystko było dobrze.
Ja zaś pluję przez lewe ramię, teraz przez prawe, wołam głośno "tfu, tfu, na koci urok!", odczyniam czary-mary i inne hokusy-pokusy i zaklinam w dźwięk Om kolejne dni 2011 roku.
Trochę tego się jednak zebrało i w zasadzie ze wszystkich projektów jestem zadowolona.
A przy okazji:
~ odkryłam na nowo druty,
~ nauczyłam się metody magic loop oraz dziergania od góry,
~ zupełnie przypadkiem, przy "Makowej panience", opanowałam rzędy skrócone,
~ wypatrzyłam w sieci Szarotkowo, dołączyłam doń i poznałam szydełkujące i drutujące blogowiczki,
~ sprzedałam kilkanaście niepotrzebnych motków,
~ naumiałam się krochmalić ozdóbki,
~ znalałam godne zaufania sklepy internetowe z dobrą włóczką,
~ zyskałam stałych obserwatorów i komentatorów moich poczynań,
~ dowiedziałam się, że tytuł mojego bloga przywołuje uśmiech na twarzy.
Zamierzam też konsekwentnie kupować tylko dobrej jakości i naturalne włóczki, nie zaczynać kilku projektów na raz i nie robić niczego na zamówienie (poza jednym wyjątkiem, który jeśli dojdzie do skutku, to efekt ujrzy światło dzienne).
Ale nie samym machaniem drutami i szydełkiem człowiek żyje. Koniecznie muszę napisać, że bardzo się cieszę, że znów praktykuję jogę, bo dzięki temu mam nową pasję na całe życie, pojechałam na dwa ciekawe obozy, wróciłam do salsowania, lepiej się czuję fizycznie. W ogóle świadomość, że można coś ze swoim zdrowiem zrobić, jest bardzo budująca.
Na koniec jednak nieco posmęcę. Jakoś dziwnie się ten nowy rok zaczął. Najpierw zastrajkowało moje gardło i do tej pory chrząkam jak prosiak. Potem w pracy stwierdziłam, że z niektórymi osobami nadal nie idzie się dogadać i chyba tak już zostanie. To nie ułatwia w miarę sprawnego funkcjonowania w firmowej społeczności. Do tego będą mnie przepytywać z procedur określającyh zakres moich obowiązków, przy czym owych procedur nikt nie sformułował. Wracając z ostatniego Szarotkowa, zgubiłam granatowego filcowego kwiatka, który był prezentem dla mojej mamy. No i jeszcze w miniony weekend dowiedziałam się, że moja ukochana salsoteka będzie tylko do 22/23 stycznia i na tejże imprezie ktoś przypadkiem uderzył mnie łokciem w głowę w czasie tańca. Jutro mam w związku z tym tomografię komputerową głowy, bo nadal się czuję jakaś taka trącona. Trzymajcie kciuki, żeby wszystko było dobrze.
Ja zaś pluję przez lewe ramię, teraz przez prawe, wołam głośno "tfu, tfu, na koci urok!", odczyniam czary-mary i inne hokusy-pokusy i zaklinam w dźwięk Om kolejne dni 2011 roku.
Etykiety:
Wydarzenia
niedziela, 9 stycznia 2011
Ostatni i pierwszy
Wędrując po zaprzyjaźnionych blogach dziewiarskich, dochodzę do wniosku, że w dobrym tonie byłoby zrobić podsumowanie moich robótek w minionym roku. Muszę się jednak ogarnąć z innymi sprawami, więc bilans nieco zaczeka. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie.
W zmian za to pokażę dwa projekty doprowadzone w dość krótkim czasie do szczęśliwego zakończenia.
Ostatnim w 2010 roku była czapka, przeze mnie nazwana "Makową panienką" (a co tam! jakoś trzeba się wyróżnić ")). Uległam bowiem poppymanii, jak zgrabnie określiła zjawisko powszechnego dziergania Makówek Bietas, i korzystając z opisu Effci, machnęłam z zalegających motków swoją wersję.
Voila!
Proszę uprzejmie o wyrozumiałość, bo to moja pierwsza czapka zrobiona na drutach. Zaczynałam ją co prawda kilka razy, aby dopasować się do grubości włóczki, ale egzamin w użytkowaniu zdała, jest ciepła i pasuje jak ulał.
Drugi projekt, którym rozpoczęłam dziewiarski 2011 rok, jest szyjogrzej całkowicie wymyślony przeze mnie. To prezent niespodzianka dla pewnej osoby. Został przyjęty z pozytywnym zainteresowaniem.
Gdyby ktoś chciał wykonać podobny, to podaję przepis: nabieramy 60 oczek i dziergamy 8 rzędów wzorem pończoszniczym, potem 120 rzędów wzorem francuskim i ponownie 8 rzędów wzorem pończoszniczym z uwzględnieniem poziomych dziurek na guziki. Guziki przymocowałam tą samą włóczką, z której dziergałam całość. Szyjogrzej ma szerokość 28,5 cm i długość 124,5 cm. Jest dość sprężysty, tak więc spokojnie da się owinąć nim dwa razy. Można też nosić jako luźniejszy otulacz.
PS
Bardzo dziękuję wszystkim za przemiłe słowa pod adresem moich filcaków.
---
Metka:
~ czapka - półtorej motka włóczki Prima 21 Debbie Bliss (bambus i wełna z merynosów, kolor stalowy turkus), druty nr 3 i 4;
~ szyjogrzej - cztery motki włóczki Superwash merino Artesano (kolor 6416), druty nr 4; guziki z odzysku.
W zmian za to pokażę dwa projekty doprowadzone w dość krótkim czasie do szczęśliwego zakończenia.
Ostatnim w 2010 roku była czapka, przeze mnie nazwana "Makową panienką" (a co tam! jakoś trzeba się wyróżnić ")). Uległam bowiem poppymanii, jak zgrabnie określiła zjawisko powszechnego dziergania Makówek Bietas, i korzystając z opisu Effci, machnęłam z zalegających motków swoją wersję.
Voila!
Proszę uprzejmie o wyrozumiałość, bo to moja pierwsza czapka zrobiona na drutach. Zaczynałam ją co prawda kilka razy, aby dopasować się do grubości włóczki, ale egzamin w użytkowaniu zdała, jest ciepła i pasuje jak ulał.
Drugi projekt, którym rozpoczęłam dziewiarski 2011 rok, jest szyjogrzej całkowicie wymyślony przeze mnie. To prezent niespodzianka dla pewnej osoby. Został przyjęty z pozytywnym zainteresowaniem.
Gdyby ktoś chciał wykonać podobny, to podaję przepis: nabieramy 60 oczek i dziergamy 8 rzędów wzorem pończoszniczym, potem 120 rzędów wzorem francuskim i ponownie 8 rzędów wzorem pończoszniczym z uwzględnieniem poziomych dziurek na guziki. Guziki przymocowałam tą samą włóczką, z której dziergałam całość. Szyjogrzej ma szerokość 28,5 cm i długość 124,5 cm. Jest dość sprężysty, tak więc spokojnie da się owinąć nim dwa razy. Można też nosić jako luźniejszy otulacz.
PS
Bardzo dziękuję wszystkim za przemiłe słowa pod adresem moich filcaków.
---
Metka:
~ czapka - półtorej motka włóczki Prima 21 Debbie Bliss (bambus i wełna z merynosów, kolor stalowy turkus), druty nr 3 i 4;
~ szyjogrzej - cztery motki włóczki Superwash merino Artesano (kolor 6416), druty nr 4; guziki z odzysku.
czwartek, 6 stycznia 2011
Wszędzie dobrze, ale we własnym łóżku najlepiej
Z wyjazdu jogowego wróciłam w minioną niedzielę po południu. Na całe szczęście zawczasu zarezerwowałam sobie urlop na piątek 7 stycznia, więc musiałam wytrzymać w pracy tylko trzy dni. Ale ciężko było, ponieważ nie mogę się zaaklimatyzować. Miejskie powietrze to zdecydowanie nie to, co górskie i wysiadło mi gardło. No i oczywiście sporo pracy na początku nowego roku.
W czasie wyjazdu miałam okazję popraktykować jogę pod okiem nowych nauczycieli - Wiktora, Justyny i Janusza z Akademii Asan, - i nieco inaczej niż dotąd spojrzeć na niektóre pozycje. Na naukę jazdy na nartach nie odważyłam się. Pierwszy raz w życiu miałam sesję głębokiego masażu leczniczego i czując jego efekty przez następne dni, wolałam nie ryzykować połamania się na stoku. Chodziłam sobie za to na spacery i pstrykałam zdjęcia zimowego krajobrazu Ochotnicy Dolnej i Szczawnicy. Postaram się wkrótce pokazać je na moim fotoblogu.
Z wyjazdu jestem zadowolona; cieszę się, że się nań zdecydowałam. Chociaż zmieniłabym parę rzeczy w organizacji. Dodałabym ciepły posiłek w ciągu dnia dla osób, które zostawały w pensjonacie na tzw. czas wolny. Wymieniłabym też tapczany w pokojach, bo twarde posłanie to nie zawsze oznacza zdrowe dla kręgosłupa (czyli już wiadomo, skąd mi się wziął tytuł posta). No i poprosiłabym o ciut więcej zaangażowania w organizację zabawy sylwestrowej osobę odpowiedzialną za kurs tańca i za oprawę muzyczną.
Skoro mowa o kursie, to miałam brać udział w dwóch - kuchni wegetariańskiej i filcowania. Ale filcaki tak mnie wciągnęły, że gotowanie sobie odpuściłam. Próbowałam oczywiście praktycznie wszystkich dań serowowanych na sniadanie i obiadokolację, tak więc wiem mniej więcej, co inni uczyli się przyrządzać pod czujnym okiem naszego kucharza-wegetarianina Piotrka.
A oto moje filcaki, które wykonałam z pomocą nieocenionej Wiesi:
~ breloczek do ulubionej letniej torebki Solara...
~ kwiaty broszki - pierwsza była inspirowana t-shirtem z Tatuum, a druga ma kolorystykę wymyśloną przez moją mamę, bo to prezent dla niej...
~ kolejna broszka, tym razem listek dla mnie, będzie spinać sweterek na raspaszku (przy okazji naumiałam się robić tzw. dredy, które mogą być ogonkami do kwiatków)...
~ i breloczki inspirowane bizuterią firmy Frey Wille oraz zawieszka do komórki dla mamy...
Tak mi przypadło do gustu lecenie w kulki, jak określiłyśmy z dziewczynami filcowanie, że kupiłam u Wiesi dwie porcje czesanki. Na pewno jakieś fajne ozdoby z nich wymyślę, tym bardziej że metodę już mam obcykaną.
To tyle w pierwszym poście. Zostawiam Was z przepisem na udany nowy rok:
Bierzemy 12 miesięcy, oczyszczamy je dokładnie z goryczy, chciwości, małostkowości i lęku.
Po czym rozkrawamy każdy miesiąc na 30 lub 31 części tak, aby zapasu wystarczyło dokładnie na cały rok.
Każdy dzień przyrządzamy osobno, z jednego kawałka pracy i dwóch kawałków pogody i humoru.
Do tego dodajemy trzy duże łyżki nagromadzonego optymizmu, łyżeczkę tolerancji, ziarenko ironii i odrobinę taktu.
Następnie całą masę polewamy dokładnie dużą ilością miłości.
Gotową potrawę przyozdabiamy bukietem uprzejmości i podajemy codziennie z radością i filiżanką dobrej, orzeźwiającej herbatki.
(Katharina Elisabeth Goethe)
W czasie wyjazdu miałam okazję popraktykować jogę pod okiem nowych nauczycieli - Wiktora, Justyny i Janusza z Akademii Asan, - i nieco inaczej niż dotąd spojrzeć na niektóre pozycje. Na naukę jazdy na nartach nie odważyłam się. Pierwszy raz w życiu miałam sesję głębokiego masażu leczniczego i czując jego efekty przez następne dni, wolałam nie ryzykować połamania się na stoku. Chodziłam sobie za to na spacery i pstrykałam zdjęcia zimowego krajobrazu Ochotnicy Dolnej i Szczawnicy. Postaram się wkrótce pokazać je na moim fotoblogu.
Z wyjazdu jestem zadowolona; cieszę się, że się nań zdecydowałam. Chociaż zmieniłabym parę rzeczy w organizacji. Dodałabym ciepły posiłek w ciągu dnia dla osób, które zostawały w pensjonacie na tzw. czas wolny. Wymieniłabym też tapczany w pokojach, bo twarde posłanie to nie zawsze oznacza zdrowe dla kręgosłupa (czyli już wiadomo, skąd mi się wziął tytuł posta). No i poprosiłabym o ciut więcej zaangażowania w organizację zabawy sylwestrowej osobę odpowiedzialną za kurs tańca i za oprawę muzyczną.
Skoro mowa o kursie, to miałam brać udział w dwóch - kuchni wegetariańskiej i filcowania. Ale filcaki tak mnie wciągnęły, że gotowanie sobie odpuściłam. Próbowałam oczywiście praktycznie wszystkich dań serowowanych na sniadanie i obiadokolację, tak więc wiem mniej więcej, co inni uczyli się przyrządzać pod czujnym okiem naszego kucharza-wegetarianina Piotrka.
A oto moje filcaki, które wykonałam z pomocą nieocenionej Wiesi:
~ breloczek do ulubionej letniej torebki Solara...
~ kwiaty broszki - pierwsza była inspirowana t-shirtem z Tatuum, a druga ma kolorystykę wymyśloną przez moją mamę, bo to prezent dla niej...
~ kolejna broszka, tym razem listek dla mnie, będzie spinać sweterek na raspaszku (przy okazji naumiałam się robić tzw. dredy, które mogą być ogonkami do kwiatków)...
Tak mi przypadło do gustu lecenie w kulki, jak określiłyśmy z dziewczynami filcowanie, że kupiłam u Wiesi dwie porcje czesanki. Na pewno jakieś fajne ozdoby z nich wymyślę, tym bardziej że metodę już mam obcykaną.
To tyle w pierwszym poście. Zostawiam Was z przepisem na udany nowy rok:
Bierzemy 12 miesięcy, oczyszczamy je dokładnie z goryczy, chciwości, małostkowości i lęku.
Po czym rozkrawamy każdy miesiąc na 30 lub 31 części tak, aby zapasu wystarczyło dokładnie na cały rok.
Każdy dzień przyrządzamy osobno, z jednego kawałka pracy i dwóch kawałków pogody i humoru.
Do tego dodajemy trzy duże łyżki nagromadzonego optymizmu, łyżeczkę tolerancji, ziarenko ironii i odrobinę taktu.
Następnie całą masę polewamy dokładnie dużą ilością miłości.
Gotową potrawę przyozdabiamy bukietem uprzejmości i podajemy codziennie z radością i filiżanką dobrej, orzeźwiającej herbatki.
(Katharina Elisabeth Goethe)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
