Ostatnio tak mi życie miga przed oczami, że - jak biedny kot z dowcipu - nie ogarniam tej kuwety.
Po szalonym, roztańczonym, rozwibrowanym weekendzie, w poniedziałek wróciłam do pracy. I nie wiedziałam, w co mam najpierw ręce włożyć i w końcu doszłam do wniosku, że najlepiej w kieszenie. Stwierdziłam też, że bez internetu w pracy, to jak bez ręki. Dziwnie tak zacząć dzień bez porannej wirtualnej prasówki. Potem łącza zadziałały, a mnie się polepszyło. I mogłam sprawdzić, czy horoskop się sprawdza.
We wtorek zaliczyłam ostatnią lekcję bachatango i, jak to zazwyczaj bywa, rozkręciłam się tak, że ani mi się śniło schodzić z parkietu. No bo jak w końcu opanowałam to rondo po rombie nogą ciągnięte, to koniecznie chciałam jeszcze i jeszcze pląsać.
Środa upłynęła mi pod hasłem Wranglera "We are Animals". Chyba powinnam sobie kupić nowe seksowne dżinsy...
Po lekkim wyhamowaniu - fizjoterapeuta mi nakazał, a ja się go słucham, choć młodszy jest ode mnie - wzięłam się za jogę i po raz pierwszy od dawna poczułam swoje ciało. W czwartek w psie z głową w dół bez wysiłku oparłam rzeczoną głowę na macie i w duchu powtarzałam: "Chwilo, trwaj!"
W piątek odniosłam mały sukces - zabrałam koleżankę na moją ulubioną salsotekę. Propozycja zalicza się do postanowień noworocznych: A. idzie ze mną na salsę, a ja z nią w tango. Znaczy się, na tango, argentyńskie. A., po raz pierwszy w klubie, nie mając zielonego pojęcia o krokach, tańczyła praktycznie tyle czasu co ja. Magia latino działa!
W sobotę, pochwaliwszy się mojemu fizjoterapeucie sukcesami na macie, sama zostałam przez niego pochwalona, że jest lepiej i już wiadomo, co ze mną trzeba zrobić. No, nareszcie...! Z tej radości poszłam spać o 19:00. Grunt to się wyspać. Po cholerę nam ta zmiana czasu...?
A dziś, dopieściwszy się snem i smakołykami, zrobiłam sobie dzień dobroci dla dziewiarek i zamówiłam parę kolorowych motków, bo mi się jakieś projekty po wyobraźni plączą i ujścia szukają. I jeszcze zauważyłam, że choć się tu pojawiam od wielkiego dzwonu, to obserwatorów mi przybywa. Dziwne zjawisko blogowe.
Tak jak wcześniej cdn.
niedziela, 27 marca 2011
czwartek, 17 marca 2011
Ostatnie podrygi zdechłej ostrygi
Tak mawiała jedna z moich nauczycielek w liceum. Tylko nie pomnę, czy od polskiego, czy od matematyki. Możecie mnie zabić, ale ostatnio mam pamięć dobrą, ale krótką, a do tego wybiórczą i zorientowaną głównie na doznania muzyczne.
Owe podrygi dotyczyły oczywiście naszych marnych postępów w nauce. Mnie zaś przypomniały się w kontekście panującej wokół aury. Mam nadzieję, że to już naprawdę koniec zimy, a wiosna stoi w opłotkach i lada moment rozgości się w moim mieście. Przynajmniej na końcu świata, na Podlasiu, już się objawiła. Przy okazji, na tym końcu świata dobranoc mówi przewrotnie przystojny diabeł, roztaczając przed oczami niezwykłe widoki w klimacie stepów szerokich. Nic, tylko kozaka na koniu wypatrywać...
A wracając do robótkowej rzeczywistości, tak sobie myślę, że już najwższa pora zabrać się za lżejsze projekty. Tak więc po raz ostatni w sezonie zimowym, a po raz pierwszy w mojej karierze drutowej , prezentuję jednopalczaste rękawiczki.
Owe podrygi dotyczyły oczywiście naszych marnych postępów w nauce. Mnie zaś przypomniały się w kontekście panującej wokół aury. Mam nadzieję, że to już naprawdę koniec zimy, a wiosna stoi w opłotkach i lada moment rozgości się w moim mieście. Przynajmniej na końcu świata, na Podlasiu, już się objawiła. Przy okazji, na tym końcu świata dobranoc mówi przewrotnie przystojny diabeł, roztaczając przed oczami niezwykłe widoki w klimacie stepów szerokich. Nic, tylko kozaka na koniu wypatrywać...
A wracając do robótkowej rzeczywistości, tak sobie myślę, że już najwższa pora zabrać się za lżejsze projekty. Tak więc po raz ostatni w sezonie zimowym, a po raz pierwszy w mojej karierze drutowej , prezentuję jednopalczaste rękawiczki.
Zaczęłam je dziergać przed mitenkami "Tango", ale skończyłam ostatecznie dopiero teraz, bo jak nie mam problemów z przyszywaniem guzików, tak tym razem nie mogłam się jakoś do tego zabrać. Wszystkiemu winna ta pogoda...
Nie myślcie sobie, że sama wykombinowałam całość. Skorzystałam ze świetnie rozpisanego przez Egunię wzoru na męskie rękawiczki, wprowadzając swoje modyfikacje w postaci rozcięć i zapięć. Układem pasków nie przejmowałam się całkowicie. Chodziło mi o fajny efekt i przerobienie choć części zalegających kłębków Himalayi.
Projekt zaliczę do tych edukacyjnych, bo nauczyłam się symetrycznie gubić oczka.
PS
Na fotoblogu pierwsza część zdjęć z mojej wycieczki do Supraśla http://mgnowienija.blogspot.com/2011/03/suprasl-meczet-tatarski-w-kruszynianach.html
Brahdelt, nie buchnęłam lampki z pokoju, bo do mojego nijak by nie pasowała. Ale fakt faktem, że pod względem kolorystycznym nie mogłam jej nie wykorzystać. Skarpetki, które znalazłaś, są rzeczywiście robione bardzo podobnym wzorem do mitenek Kanzo. Może pora się zastanowić nad jakimiś gustowymi skarpeciochami...? A w temacie herbaty - wczoraj piłam u tej samej co wcześniej koleżanki jeszcze inną ciekawą mieszankę z trawą cytrynową. Chyba będę musiała przeprowadzić dokładniejsze rozeznanie, bo zaczynają mnie te smaki intrygować.
Fiubzdziu, przez Biały tylko przejeżdżaliśmy, nie mogąc się nadziwić, że jest bardziej rozkopany niż Warszawa. Było zbyt mało czasu na odzwiedziny. Poza tym z powodów osobistych nie ciągnie mnie do tego miasta.
beso_78, no właśnie się chwalę, że byłam w Supraślu. Miejsce ma swój urok, w zieleni na pewno wygląda jeszcze ciekawiej.
tkaitka, tango leci z płyty, o której już wspominałam. Jeśli lubisz tańczyć tango, to proponuję poszukać tzw. milongów.
izuss, to na co, Ty kobieto, jeszcze czekasz z tymi resztkami...? Do roboty ")
Projekt zaliczę do tych edukacyjnych, bo nauczyłam się symetrycznie gubić oczka.
PS
Na fotoblogu pierwsza część zdjęć z mojej wycieczki do Supraśla http://mgnowienija.blogspot.com/2011/03/suprasl-meczet-tatarski-w-kruszynianach.html
Brahdelt, nie buchnęłam lampki z pokoju, bo do mojego nijak by nie pasowała. Ale fakt faktem, że pod względem kolorystycznym nie mogłam jej nie wykorzystać. Skarpetki, które znalazłaś, są rzeczywiście robione bardzo podobnym wzorem do mitenek Kanzo. Może pora się zastanowić nad jakimiś gustowymi skarpeciochami...? A w temacie herbaty - wczoraj piłam u tej samej co wcześniej koleżanki jeszcze inną ciekawą mieszankę z trawą cytrynową. Chyba będę musiała przeprowadzić dokładniejsze rozeznanie, bo zaczynają mnie te smaki intrygować.
Fiubzdziu, przez Biały tylko przejeżdżaliśmy, nie mogąc się nadziwić, że jest bardziej rozkopany niż Warszawa. Było zbyt mało czasu na odzwiedziny. Poza tym z powodów osobistych nie ciągnie mnie do tego miasta.
beso_78, no właśnie się chwalę, że byłam w Supraślu. Miejsce ma swój urok, w zieleni na pewno wygląda jeszcze ciekawiej.
tkaitka, tango leci z płyty, o której już wspominałam. Jeśli lubisz tańczyć tango, to proponuję poszukać tzw. milongów.
izuss, to na co, Ty kobieto, jeszcze czekasz z tymi resztkami...? Do roboty ")
poniedziałek, 14 marca 2011
Poszłam w tango
Wczoraj wieczorem wróciłam ze wsi do miasta. Znaczy się z obozu jogowego w Supraślu, na którym byłam z moją szkołą jogi. Jestem zadowolona z tego weekendu. Co prawda zbyt dużo nie ćwiczyłam z pewnych przyczyn, ale za to sporo zwiedzałam, korzystałam z pięknej pogody i przebywałam z pozytywnie zakręconymi ludźmi. Oczywiście zrobiłam mnóstwo zdjęć. Postaram się wrzucić je na fotobloga, jak tylko je wyselekcjonuję i obrobię.
Nie byłabym sobą, gdybym nie zabrała robótki na drutach. Tak więc w dwa wieczory udało mi się dokończyć rozpoczęte przed wyjazdem mitenki. Ponieważ ostatnio słucham najnowszej płyty Gotan Project, nazwałam je "Tango". Proszę bardzo, będzie prezentacja.
Byłyby akuratne do ubrań z krótkimi rękawkami.
Wypatrzyłam też mitenki w klipie zapowiadającym płytę "Tango 3.0"...
(Tutaj jest cały filmik Tango 3.0)
Nie byłabym sobą, gdybym nie zabrała robótki na drutach. Tak więc w dwa wieczory udało mi się dokończyć rozpoczęte przed wyjazdem mitenki. Ponieważ ostatnio słucham najnowszej płyty Gotan Project, nazwałam je "Tango". Proszę bardzo, będzie prezentacja.
Jako tło i element dekoracyjny posłużyły szafka i lampka nocna w moim pokoju. Muszę przyznać, że właściciele pensjonatu zadbali o wystrój i czystość i bardzo przyjemnie się tam mieszkało.
Gdyby ktoś, mimo rozbuchanej wiosny za oknem, miał chęć zrobić sobie podobne mitenki, podaję na nie przepis.
Nabieramy 42 oczka i rozdzielamy po równo 21 + 21. Wierzch to 8 oczek prawych, 5 oczek lewych i 8 oczek prawych. Spód - same prawe. Dziergamy magic loopem. Po zrobieniu 60 rzędów przekładamy na agrafkę 8 oczek na kciuk, dobieramy 8 oczek i dalej robimy 17 rzędów, zakańczając w 18-ym na lewo. Na kciuk potrzeba 11 rzędów, kończymy 12-ym na lewo.
Bardzo jestem zadowolona z tych mitenek, chociaż już niezbyt mi się przydadzą o tej porze roku.
W ogóle robione na drutach rękawiczki i ich warianty mocno mnie ostatnimi czasy fascynują. Chciałabym mieć np. takie wzorowane na projekcie Kenzo (fot. z sesji w "Twoim Stylu")...
Wypatrzyłam też mitenki w klipie zapowiadającym płytę "Tango 3.0"...
Życzę Wam spokojnego tygodnia w pracy. Ja zaś idę się dalej urlopować, tańczyć, jogować, wysypiać się, lenić itp., itd.
PS
Brahdelt, Śpiąca królewna to zielona herbata, którą pijam u mojej jogowej koleżanki, ale nie znam niestety jej składu. Dodam, że nie jestem po niej senna.
CUat5, wiedziałam, co robię - uwieczniłam początek pięknego komina.
środa, 9 marca 2011
Migawki z życia Zulki
Czwartek
Tłusty czwartek. Pączki atakują już w pracy. Summa summarum: pięć sztuk dużych różnistych i jeden mały na okrasę, kilkanaście faworków, 1/3 paczki chipsów dla zmiany smaku. Wszystko popite zieloną "Śpiącą królewną". Rozmowy o księciuniu w trakcie – standardowo bezcenne.
Piątek
Ostatni piątek karnawału (dla ludzi z ortodoksyjnym podejściem do tematu). Gorrrąca latynoska noc. Zostaję posądzona o znajomość hiszpańskiego, bo podśpiewuję "Fiesta, fiesta!" Non stop na parkiecie. Klima wysiada. Suche mam tylko szorty, kupione na wariata na przecenie w H&M. Strzał w dziesiątkę, nie tylko w kwestii wygody.
Sobota
Przed-ósmomarcowe zakupy. Mix pachnideł. Zamiaruję kusić, aury roztaczać, a co mi tam. Potem jest mniej przyjemnie, ale z pożytkiem dla zdrowia. Ja nie wiem, co ja będę robić, jak się to smyranie skończy... Aaa, już wiem - nic mnie nie będzie boleć.
W ramach rekompensaty za szaro-bure ciężkie niebo w umyśle rozbłyska feeria barw. Słucham, i nie mogę przestać. "Tango 3.0". Chyba się zakochałam. Nawet nie wiem, kiedy kończę "Pomysł nr 1", tylko nitki pochować. W przypływie natchnienia dzielę się ze światem moją obsesją.
Niedziela
Śnieżek pada, słonko świeci, czarownica masło kleci. Czy jakoś tak... A ja zawijam kiecę i lecę na Szarotki. Kłębki, wzorki, transakcje handlowe, ochy i achy nad ażurami i kolorów głębią, owce pachnące, precelki jak naszyjniki. I ludzie, co czują to, co ja czuję.
Nieco później twarde lądowanie na ziemi – bo ktoś zapomniał zaktualizować stronę z kursami tańca i odpisać na maila. Przymusowy kurs po mieście w te i we wte.
W ramach rekompensaty Gooooooootan!
Poniedziałek
Wcześniejsza pobudka. 7 minut ćwiczeń, w domu. 7 minut i danie gotowe, w metrze. Gdzie są inteligentne reklamy...?
Uprzejmie, acz stanowczo domagam się apdejtu strony z kursami. Efekt - rabat na wejście. Ma się tę siłę w głosie.
Leń mnie dopada. Muszę wytrwać do środy. Nie będę się przepracowywać. I chyba zacznę wierzyć w horoskopy. W piatkowym stało, żeby trzymać się z daleka od niestablinych emocjonalnie osobników i ufać tylko swojemu wnętrzu. A dziś – że to dobry dzień dla spotkań z ludźmi ciszy. Na jogę idę, a tam po cichu się ćwiczy, po wielkiemu cichu.
Cdn.
PS
Post poprawiany kilka razy, bo blogger nie chciał współpracować przy wstawianiu zdjęć i na dodatek wciął komentarz.
Tłusty czwartek. Pączki atakują już w pracy. Summa summarum: pięć sztuk dużych różnistych i jeden mały na okrasę, kilkanaście faworków, 1/3 paczki chipsów dla zmiany smaku. Wszystko popite zieloną "Śpiącą królewną". Rozmowy o księciuniu w trakcie – standardowo bezcenne.
Piątek
Ostatni piątek karnawału (dla ludzi z ortodoksyjnym podejściem do tematu). Gorrrąca latynoska noc. Zostaję posądzona o znajomość hiszpańskiego, bo podśpiewuję "Fiesta, fiesta!" Non stop na parkiecie. Klima wysiada. Suche mam tylko szorty, kupione na wariata na przecenie w H&M. Strzał w dziesiątkę, nie tylko w kwestii wygody.
Sobota
Przed-ósmomarcowe zakupy. Mix pachnideł. Zamiaruję kusić, aury roztaczać, a co mi tam. Potem jest mniej przyjemnie, ale z pożytkiem dla zdrowia. Ja nie wiem, co ja będę robić, jak się to smyranie skończy... Aaa, już wiem - nic mnie nie będzie boleć.
W ramach rekompensaty za szaro-bure ciężkie niebo w umyśle rozbłyska feeria barw. Słucham, i nie mogę przestać. "Tango 3.0". Chyba się zakochałam. Nawet nie wiem, kiedy kończę "Pomysł nr 1", tylko nitki pochować. W przypływie natchnienia dzielę się ze światem moją obsesją.
Niedziela
Śnieżek pada, słonko świeci, czarownica masło kleci. Czy jakoś tak... A ja zawijam kiecę i lecę na Szarotki. Kłębki, wzorki, transakcje handlowe, ochy i achy nad ażurami i kolorów głębią, owce pachnące, precelki jak naszyjniki. I ludzie, co czują to, co ja czuję.
Nieco później twarde lądowanie na ziemi – bo ktoś zapomniał zaktualizować stronę z kursami tańca i odpisać na maila. Przymusowy kurs po mieście w te i we wte.
W ramach rekompensaty Gooooooootan!
Poniedziałek
Wcześniejsza pobudka. 7 minut ćwiczeń, w domu. 7 minut i danie gotowe, w metrze. Gdzie są inteligentne reklamy...?
Uprzejmie, acz stanowczo domagam się apdejtu strony z kursami. Efekt - rabat na wejście. Ma się tę siłę w głosie.
Leń mnie dopada. Muszę wytrwać do środy. Nie będę się przepracowywać. I chyba zacznę wierzyć w horoskopy. W piatkowym stało, żeby trzymać się z daleka od niestablinych emocjonalnie osobników i ufać tylko swojemu wnętrzu. A dziś – że to dobry dzień dla spotkań z ludźmi ciszy. Na jogę idę, a tam po cichu się ćwiczy, po wielkiemu cichu.
Cdn.
PS
Post poprawiany kilka razy, bo blogger nie chciał współpracować przy wstawianiu zdjęć i na dodatek wciął komentarz.
Etykiety:
Wydarzenia
Subskrybuj:
Posty (Atom)