poniedziałek, 25 kwietnia 2011
sobota, 23 kwietnia 2011
niedziela, 17 kwietnia 2011
Kwiecień plecień
Pogoda plecie się ostatnio jak chce – czasem słońce, czasem deszcz, jak w bollywoodzkim filmie. Chyba moje życie się tym zasugerowało...
Opuściłam kwietniowe Szarotkowo. Biję się w piersi, aczkolwiek niezbyt mocno, bo akurat w tamtym momencie inne rzeczy wydawały mi się ważniejsze.
Nie dotarłam też na relaksacyjną sesję gongów zorganizowaną przez moją szkołę jogi. Powody te same co wyżej. Ale paradoksalnie dzięki temu, co się (nie)wydarzyło, jeszcze raz przekonałam się, że nie warto i nie można robić czegoś wbrew swoim odczuciom. Inaczej człowiek sam sobie szkodzi i mu się na zdrowiu potem odbija.
Od mojej guru wiem, że gongi tak się spodobały, że już jest zaplanowane kolejne spotkanie. Tym razem mają być także misy tybetańskie. Powinnam być.
Przez kilka dni, bo mi zły szeptał namiętnie do ucha głupoty, brałam pod uwagę opcję spędzenia nadchodzącej majówki w rytmach salsy. Jednak rozsądek i inne uczucia istotne zwyciężyły i niejako tradycyjnie jadę na obóz jogowy do Wilgi. I już wiem, że będę w pokoju z miłą koleżanką i nie muszę się martwić o transport.
To, że się nie będę majówkować w rytmach latino, nie oznacza, że z tańca zrezygnowałam. Zapisałam się na kursy kizomby i tanga argentyńskiego, oba od podstaw. Pierwsze zajęcia z kizomby już zaliczyłam, odkrywając z lekkim zdziwieniem, że to, co umiałam do tej pory, mogę wyrzucić z pamięci. Brałam kiedyś udział w tzw. crash kursie i okazuje się, że nauczono mnie przekombinowanej wersji, z dość mocnym akcentowaniem biodrem. A najprościej rzecz ujmując, kizombę trzeba tańczyć tak, jakby się szło – lekko, pewnie, spokojnie, całkowicie poddając się ruchom ciała partnera. Najlepiej w butach na płaskim obcasie lub na bosaka, bo to taniec z Afryki i chodzi o czucie ziemi (lub podłogi) pod stopami. Bardzo ciekawe doświadczenie.
Martwi mnie tylko, czy dalszy ciąg nastąpi - zapisało się mało osób i kolejne zajęcia mogą zostać odwołane, tak jak te z tanga. Dowiedziałam się o tym już na miejscu w szkole, w ten piątek. Niewiele się zastanawiając – nie opłacało mi się już wracać do domu, bo w planach miałam Tygmont - wzięłam udział w pierwszej lekcji salsy liniowej na poziomie P2. I dzięki temu dowiedziałam się, że tańczę w stylu kubańskim (to wpływ partnerów miksujących na parkiecie liniową z cubaną) i że jestem daleko do przodu w porównaniu z innymi uczestnikami. Jednak nie uważam tego czasu za stracony, bo zawsze warto doskonalić swoje umiejętności. Po salsie załapałam się jeszcze jako dodatkowa partnerka na część kursu bachaty dominikańskiej i już wiem, że chcę się jej uczyć.
Ostatnio, po dość długiej przerwie czytelniczej, zaczęłam ponownie sięgać po książki. Kiedyś czytałam praktycznie wszystko, co mi wpadło w ręce. Potem zaliczyłam coś w rodzaju przesytu i wstrętu do słowa pisanego w formie dowolnej. A teraz mam potrzebę kupowania sobie książek, aby czytać je w metrze, szczególnie jeśli mam przejachać całą trasę. Kupowania właśnie, bo od książek z biblioteki jakoś mnie odrzuca. Chyba potrzebuję mieć egzemplarze takie niemacane, pachnące jeszcze drukarnią. Wtedy lektura sprawia mi większą przyjemność.
Zwiedziona empikowym rankingiem, nabyłam sobie drugą część "Sprawiedliwości owiec" Leonie Swann, czyli "Triumf owiec".
(Fot. ze strony Empiku).
Powieść poniekąd dla dziewiarek, bo występują w niej rzeczone owce – dostawcy włóczek. Jest też o zapachu runa i swetrów. O ile pierwszy tom połknęłam szybko i gładko, o tyle drugi jakoś mi nie leży. Owszem, przeczytałam, strzygąc uszami (to z rezenzji na okładce), ale dlatego, że jakiś niepokój niesprecyzowany we mnie się lęgnął. Nie chciałabym się owcą urodzić.
Nie chciałabym też - po obejrzeniu filmu "Jak zostać królem" - urodzić się w arystokratycznej, a tym bardziej królewskiej rodzinie. Jeśli gdzieś tam w głębi duszy poniewierały mi się jeszcze takie marzenia (że lepiej, że łatwiej, że coś tam jeszcze fajniej, że rycerz na białym koniu itd.), to teraz ostatecznie pozdychały.
(Fot. ze strony Filmweb).
Film jest reklamowany jako oparta na faktach komedia, ale przyznam, że mimo kilku zabawnych momentów wcale nie było mi do śmiechu. Idźcie, obejrzyjcie, a będziecie wiedzieć dlaczego.
A propos wyboru miejsca lektury, Teatr Ochota zorganizował wczoraj imprezę, która mnie osobiście nieco przypomina swoją formułą słynną już Noc Muzeów i... dzierganie w miejscach publicznych.
W godz. 11-21 na Ochocie, m.in. u fotografa, w biurze, w garderobie, w muzeum i prywatnym mieszkaniu, odbyła się darmowa akcja "Czytamy gdzie indziej". Tutaj jest informacja o tym wydarzeniu.
Udziału wziąć nie dałam rady – fizjoterapie i takie tam inne smyranie wcześniej zaplanowane musiałam uskutecznić. Wydrukowałam sobie za to spis czytanych książek i zrobiłam wstępną selekcję pod kątem ewentualnej lektury.
Na koniec będzie - a jakże - akcent robótkowy. Bowiem z mniejszym lub większym zaangażowaniem dziergam dalej. A dziergam to, co mi ostatnio wychodzi najlepiej, czyli mitenki magic loopem. Jeśli pamiętacie te moje pierwsze zrobione na drutach i zszywane, to możecie o nich spokojnie zapomnieć. Jak je porównałam z tymi wykonanymi z pomocą magicznej pętelki, to nie pozostało mi nic innego jak unicestwić brzydale.
Oto nowe, również do kompletu z wiosennym szalem z Tchibo.
Włóczka jest bardzo miła w robocie i wydajna. Kolor przypomina mi róż, który wybrała do swojej ubiegłorocznej kolekcji dla H&M Sonia Rykiel, więc nazwałam je sobie "Fuksjowe vel Rykielki". Wzór jest taki jak w mitenkach "Tango", z tą różnicą, że robiłam tylko prawymi oczkami od palców, bez środkowego pasa lewych oczek, i pociągnęłam od podstawy kciuka 113 rzędów do uzyskania potrzebnej długości.
Kto chce, może papugować.
I to by było na tyle. Oddalam się sprzed komputera w celu kontynuowania niedzielnego lenistwa.
---
Metka: jeden motek bawełny Begonia 0075 Yarn Art, druty bambusowe nr 2,5.
Opuściłam kwietniowe Szarotkowo. Biję się w piersi, aczkolwiek niezbyt mocno, bo akurat w tamtym momencie inne rzeczy wydawały mi się ważniejsze.
Nie dotarłam też na relaksacyjną sesję gongów zorganizowaną przez moją szkołę jogi. Powody te same co wyżej. Ale paradoksalnie dzięki temu, co się (nie)wydarzyło, jeszcze raz przekonałam się, że nie warto i nie można robić czegoś wbrew swoim odczuciom. Inaczej człowiek sam sobie szkodzi i mu się na zdrowiu potem odbija.
Od mojej guru wiem, że gongi tak się spodobały, że już jest zaplanowane kolejne spotkanie. Tym razem mają być także misy tybetańskie. Powinnam być.
Przez kilka dni, bo mi zły szeptał namiętnie do ucha głupoty, brałam pod uwagę opcję spędzenia nadchodzącej majówki w rytmach salsy. Jednak rozsądek i inne uczucia istotne zwyciężyły i niejako tradycyjnie jadę na obóz jogowy do Wilgi. I już wiem, że będę w pokoju z miłą koleżanką i nie muszę się martwić o transport.
To, że się nie będę majówkować w rytmach latino, nie oznacza, że z tańca zrezygnowałam. Zapisałam się na kursy kizomby i tanga argentyńskiego, oba od podstaw. Pierwsze zajęcia z kizomby już zaliczyłam, odkrywając z lekkim zdziwieniem, że to, co umiałam do tej pory, mogę wyrzucić z pamięci. Brałam kiedyś udział w tzw. crash kursie i okazuje się, że nauczono mnie przekombinowanej wersji, z dość mocnym akcentowaniem biodrem. A najprościej rzecz ujmując, kizombę trzeba tańczyć tak, jakby się szło – lekko, pewnie, spokojnie, całkowicie poddając się ruchom ciała partnera. Najlepiej w butach na płaskim obcasie lub na bosaka, bo to taniec z Afryki i chodzi o czucie ziemi (lub podłogi) pod stopami. Bardzo ciekawe doświadczenie.
Martwi mnie tylko, czy dalszy ciąg nastąpi - zapisało się mało osób i kolejne zajęcia mogą zostać odwołane, tak jak te z tanga. Dowiedziałam się o tym już na miejscu w szkole, w ten piątek. Niewiele się zastanawiając – nie opłacało mi się już wracać do domu, bo w planach miałam Tygmont - wzięłam udział w pierwszej lekcji salsy liniowej na poziomie P2. I dzięki temu dowiedziałam się, że tańczę w stylu kubańskim (to wpływ partnerów miksujących na parkiecie liniową z cubaną) i że jestem daleko do przodu w porównaniu z innymi uczestnikami. Jednak nie uważam tego czasu za stracony, bo zawsze warto doskonalić swoje umiejętności. Po salsie załapałam się jeszcze jako dodatkowa partnerka na część kursu bachaty dominikańskiej i już wiem, że chcę się jej uczyć.
Ostatnio, po dość długiej przerwie czytelniczej, zaczęłam ponownie sięgać po książki. Kiedyś czytałam praktycznie wszystko, co mi wpadło w ręce. Potem zaliczyłam coś w rodzaju przesytu i wstrętu do słowa pisanego w formie dowolnej. A teraz mam potrzebę kupowania sobie książek, aby czytać je w metrze, szczególnie jeśli mam przejachać całą trasę. Kupowania właśnie, bo od książek z biblioteki jakoś mnie odrzuca. Chyba potrzebuję mieć egzemplarze takie niemacane, pachnące jeszcze drukarnią. Wtedy lektura sprawia mi większą przyjemność.
Zwiedziona empikowym rankingiem, nabyłam sobie drugą część "Sprawiedliwości owiec" Leonie Swann, czyli "Triumf owiec".
(Fot. ze strony Empiku).
Powieść poniekąd dla dziewiarek, bo występują w niej rzeczone owce – dostawcy włóczek. Jest też o zapachu runa i swetrów. O ile pierwszy tom połknęłam szybko i gładko, o tyle drugi jakoś mi nie leży. Owszem, przeczytałam, strzygąc uszami (to z rezenzji na okładce), ale dlatego, że jakiś niepokój niesprecyzowany we mnie się lęgnął. Nie chciałabym się owcą urodzić.
Nie chciałabym też - po obejrzeniu filmu "Jak zostać królem" - urodzić się w arystokratycznej, a tym bardziej królewskiej rodzinie. Jeśli gdzieś tam w głębi duszy poniewierały mi się jeszcze takie marzenia (że lepiej, że łatwiej, że coś tam jeszcze fajniej, że rycerz na białym koniu itd.), to teraz ostatecznie pozdychały.
(Fot. ze strony Filmweb).
Film jest reklamowany jako oparta na faktach komedia, ale przyznam, że mimo kilku zabawnych momentów wcale nie było mi do śmiechu. Idźcie, obejrzyjcie, a będziecie wiedzieć dlaczego.
A propos wyboru miejsca lektury, Teatr Ochota zorganizował wczoraj imprezę, która mnie osobiście nieco przypomina swoją formułą słynną już Noc Muzeów i... dzierganie w miejscach publicznych.
W godz. 11-21 na Ochocie, m.in. u fotografa, w biurze, w garderobie, w muzeum i prywatnym mieszkaniu, odbyła się darmowa akcja "Czytamy gdzie indziej". Tutaj jest informacja o tym wydarzeniu.
Udziału wziąć nie dałam rady – fizjoterapie i takie tam inne smyranie wcześniej zaplanowane musiałam uskutecznić. Wydrukowałam sobie za to spis czytanych książek i zrobiłam wstępną selekcję pod kątem ewentualnej lektury.
Na koniec będzie - a jakże - akcent robótkowy. Bowiem z mniejszym lub większym zaangażowaniem dziergam dalej. A dziergam to, co mi ostatnio wychodzi najlepiej, czyli mitenki magic loopem. Jeśli pamiętacie te moje pierwsze zrobione na drutach i zszywane, to możecie o nich spokojnie zapomnieć. Jak je porównałam z tymi wykonanymi z pomocą magicznej pętelki, to nie pozostało mi nic innego jak unicestwić brzydale.
Oto nowe, również do kompletu z wiosennym szalem z Tchibo.
Włóczka jest bardzo miła w robocie i wydajna. Kolor przypomina mi róż, który wybrała do swojej ubiegłorocznej kolekcji dla H&M Sonia Rykiel, więc nazwałam je sobie "Fuksjowe vel Rykielki". Wzór jest taki jak w mitenkach "Tango", z tą różnicą, że robiłam tylko prawymi oczkami od palców, bez środkowego pasa lewych oczek, i pociągnęłam od podstawy kciuka 113 rzędów do uzyskania potrzebnej długości.
Kto chce, może papugować.
I to by było na tyle. Oddalam się sprzed komputera w celu kontynuowania niedzielnego lenistwa.
---
Metka: jeden motek bawełny Begonia 0075 Yarn Art, druty bambusowe nr 2,5.
Etykiety:
Dodatki,
Druty,
Joga,
Wydarzenia
wtorek, 5 kwietnia 2011
Migawki (kulturalne) z życia Zulki
Przeczytałam w metrze "Kwestię równowagi" Zoe Fishman.
(Fot. ze strony Empiku).
Jak głosi napis na okładce, to "wzruszająca powieść o sile przyjaźni i zbawiennym wpływie jogi". Więcej o książce znajdziecie tutaj, ode mnie zaś cytat:
"- Joga jest w porządku - ocenił Noah. - Raz kiedyś w szkole ćwiczyliśmy. Takie rozciąganie i myślenie, i w ogóle - dorzucił ze znawstwem.
- I myślenie, i w ogóle? - powtórzyła Naomi z uśmiechem.
- No tak. Człowiek zamyka oczy i jest cichy w środku - wyjaśnił Noah."
***
Obejrzałam w kinie "Poznasz przystojnego bruneta" Woody'ego Allena...
(Fot. ze strony Filmweb).
...i nie byłabym sobą, gdybym, śledząc losy bohaterów filmu, nie zwracała uwagi na kostiumy i nie wypatrzyła "dziewiarskich" elementów u starszej pani - siatkowych rękawiczek i wyszywanego kardiganu.
Ot, takie zboczenie...
A poza tym wiosna w rozkwicie i życie kręci się jak w kalejdoskopie.
Cdn.
(Fot. ze strony Empiku).
Jak głosi napis na okładce, to "wzruszająca powieść o sile przyjaźni i zbawiennym wpływie jogi". Więcej o książce znajdziecie tutaj, ode mnie zaś cytat:
"- Joga jest w porządku - ocenił Noah. - Raz kiedyś w szkole ćwiczyliśmy. Takie rozciąganie i myślenie, i w ogóle - dorzucił ze znawstwem.
- I myślenie, i w ogóle? - powtórzyła Naomi z uśmiechem.
- No tak. Człowiek zamyka oczy i jest cichy w środku - wyjaśnił Noah."
***
Obejrzałam w kinie "Poznasz przystojnego bruneta" Woody'ego Allena...
(Fot. ze strony Filmweb).
...i nie byłabym sobą, gdybym, śledząc losy bohaterów filmu, nie zwracała uwagi na kostiumy i nie wypatrzyła "dziewiarskich" elementów u starszej pani - siatkowych rękawiczek i wyszywanego kardiganu.
Ot, takie zboczenie...
A poza tym wiosna w rozkwicie i życie kręci się jak w kalejdoskopie.
Cdn.
Etykiety:
Joga,
Wypatrzone
Subskrybuj:
Posty (Atom)


